Są takie dni kiedy chce się tylko leżeć i patrzeć w sufit. Nic innego nie jest do szczęścia potrzebne, wszystko inne szczęście mąci. W takich dniach największym marzeniem jest spokój i samotność. Samo- i dobrowolne podniesienie powiek, bez okropnych budzików, kaszlącego brata czy skaczących kotów. Bez mamy podsuwającej jedzenie pod nos. Rano się nie je!
Takimi dniami nie wychodzi się z łóżka. Zawija się w kołdrę jak w kokon i nie wyściubia, poza teren łóżka, nosa. Dobrze mieć jeszcze pudełko ptasich mleczek czy innych chipsów. Trudno jednak o to przy troskliwej mamie, ‘ujmującym’ bracie i kochającej futrzanej pielgrzymce. W takich dniach odwzajemnia się tylko uczucia brata. A po głowie chodzi tylko jedno. Niewypowiedziane, bo niewybaczalne: WYPIERDALAJ!
Zaszyta w puchu, odkładam godzinę spełźnięcia na ludzki padół. Jeszcze 5 minut, no dobra 10. tak mija godzina. Czas ruszyć dupsko. I tu kolejne ‘KURWA!’ o 7 była poprawa! O ‘FAK’ już 9. To miało być 10 minut.
Deszcz nie pomaga w takich dniach uzyskać równowagi ducha. Deszcz mówi, to nie twój dzień, weź się schowaj. Ale obnażona ze wszystkich uczuć, dzisiaj nie włożę maski uśmiechu. Dzisiaj będę bardziej nie sobą niż sobą, a co za tym idzie, będę bardzo szczera. Pokażę język ludziom w tramwaju, wygarnę panu w kapeluszu, że zasłania mi panią w rudej peruce. Jak ja nie lubię rudych kobiet! Na lekcji historii położę nogi na biurku, a atlas na geografii potnę według linii granic. Będę zła i nieuprzejma. Nie powiem ‘dzień dobry’ pani woźnej, nie pożyczę Mężowi zeszytu. Będę wredna i okrutna, jak tylko ja potrafię!
Kwiecień plecień bo przeplata, trochę zimy, trochę lata. Niektórzy nazywają to spóźnioną jesienną chandrą, inni przesileniem wiosennym. Zwał jak zwał. A ja chcę wyć do księżyca. Tylko że kurcze, chmury mi go zasłaniają.