Cieszę się, że tu jestem. Mam swój własny ciasny kącik i ciepłe łóżeczko i czarne futerko i zielone oczka i miłą właścicielkę. Każdego wieczora patrzę za okno, żeby sprawdzić, czy nic się nie zmieniło i czy księżyc wciąż wschodzi, rozlewając srebrzystą poświatę na jeszcze nie do końca liściaste gałęzie. W tym świetle – nocnego pana i jego córeczek – wszystko wygląda jak zaczarowane, jakby wyjęte z krainy marzeń, szaro-świecące, senne, magiczne.
A moja pani już naga, ze skórą błyszczącą w mroku, od kropelek wody spod prysznica powoli zbliża się do łóżeczka, zaszczycając mnie wzrokiem spod przymkniętych powiek, czekających tylko na zapadnięcie w krainę Morfeusza, zaśniecie, zgaśnięcie. Powoli kroczy, wyczuwając pod stopami nierówności, których w bladym śiwetle nie widzi. Sieda na łóżku i głaszcze mnie po grzbiecie, jakby chciała, żebym położył się obok niej i śnił jej sny z ptasiego mleczka i truskawek. Potem mnie przytula i razem zapadamy się w miękkie łóżko, by po chwili stracić świadomość. I nieświadomi niczego uciekamy…
…trzysta kilometrów stąd.