I już teraz nie ma szans. I już wiem, że nigdy nie można mówić na zawsze i innych słów.
Odrzucam wszystko co do tej pory miało dla mnie wyższy sens i znaczenie. Nie potrafię już od tak dawna szczerze powiedzieć co czuję, jak się z tym czuję. Jest kilka słów, których autentycznie nie potrafię wypowiedzieć na głos. Zacinam się, mówię naokoło, czy w innym języku. A tak po prostu nie potrafię. Zupełnie jakbym miała w gardle takie sitko, co niektórych rzeczy nie przepuszcza.
I już nawet łzy smakują inaczej. Są czymś obcym, nieintegralnym. Kiedyś łzy miały smak szczęścia/nieszczęścia. Teraz są niby wiem czemu, domyślam się, ale coś jest inaczej. Zupełnie tak jakby wylewały się z nimi cząsteczki mojej duszy. Pojawiają się nagle znikąd i wylewają się ze mnie do oporu. Zimne, obce. Zupełnie jakby ktoś wiadrami wylewał ze mnie wodę, a ja nie miałabym z tym nic wspólnego. Z każdą tracę tę resztkę uczuć, które w sobie pielęgnuję. Dlatego od kilku dni próbuję uciec od ludzi. Zamykam się sama ze sobą. Unikam rozmów, eliminuję możliwości kontaktu ze mną.
Chcę i nie chcę być sama. Ale chyba lepiej dla wszystkich, żebym była. Dla mnie też.
Szykują się zmiany. Na początku czułam euforię, radość. Trochę się bałam ale i tak cieszyłam jak głupia, jak zawsze. Ale i to minęło. Już nic nie wyolbrzymiam. Nie będę żyła swoimi wyobrażeniami o pięknie czegoś, skoro to wcale nie jest piękne. I pewnie śmierdzi. Cieszę się teraz tylko, że będę mieszkała z ludźmi, których kocham. I zrobię wszystko, żeby chociaż tego nie spieprzyć.
Próbowałam oszukać siebie. Wmawiałam, że to co było minęło i już. Ale chyba usypiając coś w sobie nie byłam świadoma siły szoku przy spotkaniu po przebudzeniu. No to teraz mam to, na co sobie zapracowałam. i już.
W snach jest lepiej.
Dobranoc.