Miałam kiedyś przyjaciółkę. Najlepszą, najbliższą na świecie. Osobę, która wiedziała wszystko, jedyna taka pod słońcem. I byłam dla niej. I ona była dla mnie. Zdobywałyśmy świat razem, we dwie, czasami w trzy lub cztery. Ale zawsze byłyśmy my, fundamenty. Ja i ona. I byłyśmy. Do śmiechu i płaczu. W radości i w czasch rady. Wielkiej rady, przy herbatnikach i soku jej mamy, na łóżku jej siostry. Bo to było najwyższe miejsce we wrzechświecie. Niedostępne dla nikogo innego. Ot, takie dwie z przywilejami. I było po prostu fajnie. Miałam ją i nikogo innego takiego nie potrzebowałam.
Potem przyszły ciężkie czasy i się spierdoliło. Od a do z. i już nic nie było potem. Tylko KŁAMSTWO z wielkiej litery pisane. Okazało się, że wszystko było kłamstwem i iluzją. I nic już nie było jak wtedy.
I nikomu już tak nie zaufałam i nikomu juz tak nie zawierzyłam.
A teraz to wszystko wraca. i nie wiem czy powinnam powiedź ‘już ok, wybaczam.’ i nie wiem czy powinnam powiedzieć prawdę ‘tak bardzo tęskniłam, mimo wszystko i mimo wszystkich’. chociaż taka jest prawda. Tęskniłam i tęsknię. ale nie wiem czy znowu chcę brnąć w taką znajomość. i nie wiem co teraz mam zrobić. Czy obudzić mam tamtą, minioną cząstkę siebie.
I świat znów legł w gruzach u moich stóp.
Przejebane.
