Są ludzie, na których nie można polegać, którzy ranią ponad świadomością. Bywa tak dziwnie zimno wewnątrz, kiedy ktoś ugryzie cię w sam środek serca. Wyrwie najczulszą część ciebie. W miejsce wygryzionego fragmentu wsadzi wielki żal i przygnębienie, kamień stukilowy, jeżeli nie większy!
Dwa cienie stoją naprzeciwko siebie w pustym, białym pokoju bez wyjścia. Jeden z nich miota się, próbuje krzyczeć, nagina bezdenną przestrzeń nieprzyzwyczajoną do fal emocji. Wygina się w sposób niewyobrażalny, przybiera dziwne konwulsyjne pozy. Drugi cień stoi niewzruszony. Niemym głosem śpiewa piosenkę z lat dziecinnych. Jestem wpatrzony w pierwszy cień, szepce w myślach, tylko, że stoi odwrócony do niego plecami. Sen?
Lawina wzruszeń i uniesień. Mały kamyk spada na dno kanionu. Potem kolejny. I jeszcze jeden. Małe drobinki skalne wypełniają każdy zakamarek doliny. Ale inne nie przestają spadać, z minuty na minutę jest gorzej. A matka Ziemia pyta, czemu akurat tutaj, w tej cudownej krainie szczęścia. Kamienie uwierają ją, są zbyt ciężkie. To złośliwy kuzyn wiatr rzuca kamienie w jej najczulsze części w zamian za miłość, którą go obdarzyła, kiedy był jeszcze małym powiewem i nikt nie nazywał go Zachodnim.
Cisza, wielka cisza. Cisza niespokojna i rozrywająca od wewnątrz. Dzisiaj nie będzie ukojenia.
