Uwielbiam tańczyć po ciemku. Najpierw zastanawiam się, jaki mam humor, definiuję samą siebie. Wybieram się w podróż w głąb mojego ‘ja’, tego najbardziej skrytego, tylko i wyłącznie mojego. Przeszukuję stare kąty, z nadzieją na odnalezienie czegoś inspirującego. Wykopuję stare skarby, rozprawiam się z niedokończonymi sprawami. Niektóre drzwi uchylam, inne zamykam i wyrzucam klucz. Wszystkie myśli danej chwili splatam w jedną. Wygładzam ją, koloryzuję, dorzucam przemyślenia i tak powstaje moja melodia. Gaszę światło, zasłaniam oczy. Stoję na środku pokoju, sama samiuteńka i jest mi z tą nową, cichą, spokojną mną całkiem przyjemnie.
Rytualny taniec składa się z ruchów niezgrabnych, połamanych. Wyglądam jak paralityk. W jednej chwili macham rękoma jakbym chciała odlecieć, w drugiej zaczynam na przemian kucać i wstawać. Podskakuję na jednej nodze, wiruję skaczę jak najwyżej, bujam się na boki. Każdy ruch to pojedyncza myśl, która ma swoją nutę, własny ton i brzmienie i własnego połamańca. Wszystko jest odległe, jestem tylko ja i muzyka, taniec i uwolnienie. Spokój.
