To był przełomowy ranek. Zeskakując z łóżka wzbudziłam w wysłużonej podłodze wstrząsy o sile przynajmniej pięciu stopni w skali Richtera. Chwilę później turlałam się po podłodze z kotem aż do momentu, w którym znalazłam się na nim. Kocina miauknęła boleśnie i niczym rakieta w mgnieniu oka osiągnęła swój cel awaryjny, czyli miejsce pod stołem w kuchni. Wtedy pomyślałam – coś jest nie tak.
Żaden ze mnie Conan, a już na pewno nie barbarzyńca, ale faktem jest, że mogę burzyć domy. Całą sobą. Masa krytyczna, masa w ogóle, wszystkie masy, jakie możecie sobie wyobrazić – osiągnęły poziom, z którego nie ma już odwrotu. Trudno, stało się: jestem gruba. Ochy i achy nie pomogą, diety cud-miód (bez orzeszków) nie podziałają. Żadne też tłumaczenia złośliwców, że niby to jestem w sam raz, że nie za chuda, nie za gruba. No przecież widzę! Tak, wzrok mam jeszcze niezły. A kolejne wałki tłuszczu biorę, że tak powiem, na czucie.
Czucie-przeczucie, ale kot był i zwęszył pismo nosem już dawno temu, próbując mnie sprowadzić na dobrą drogę. A to starał się zeżreć mi obiad prosto z talerza, a to rzucał pod nogi, gdy podchodziłam do lodówki. Teraz to wszystko układa się w logiczną całość, kot mnie po prostu chciał przegonić-ochronić przed tym, co mnie spotkać musiało nieuniknienie. Niestety o tym już kot nie wiedział, a co się nacierpiał, to jego. W tej sytuacji mogę tylko mojego kota przeprosić obiecując solennie, że kogo jak kogo, ale z niego nigdy nie uszczknę ani kawałka. Ani uszka.
Bo głód, choć wszechpotężny i obecny na każdym kroku – opanować można. A najlepiej się z głodem zaprzyjaźnić, zmusić go, by wpompowywał we mnie potrawy, których od zawsze nie znosiłam. Niech pozwala mi trawić wszystko to, co zdrowe, a niesmaczne. Niech kilokalorie miesza z witaminami, wapniami, solami. Niech to wszystko się we mnie przeżera i pączkuje, niech moje grubiaństwo nie będzie po nic, niech mi ono zakwitnie jakąś taką świeżością, słuszną posturą i bicepsem zdolnym mnie ochronić przed każdym złym słowem i czynem. Niech w głodzie znajdę ukojenie i szczęśliwość, towarzyszem życia będzie mi on. Tego pragnę.
Silna swoją nadwagą.

No. Po wstępie czułem przemożną chęć skrytykowania autorki. Aczkolwiek zakończenie jest piękne. Jakże wspaniałe jest dojście do porozumienia i zaakceptowanie swego piękna(w tym – figury).
Comment przez Hazardius — kwiecień 30, 2008 @ 9:42 pm |
Grubości dodaj mi skrzydła!:)
Też posiadam głód, dobrze jakby każdy posiadał swój głód, mój nazywa się głodem endorfin…
Comment przez marszoblog — kwiecień 30, 2008 @ 9:49 pm |
przewrotnie.
: )
Comment przez lewe-lewe-loff — kwiecień 30, 2008 @ 10:04 pm |
Grubasie…
Jak dojdziesz do mojej masy to pogadamy o krytycyzmie.
Comment przez Mat — kwiecień 30, 2008 @ 10:38 pm |
Dobra, rozejść się, przybył kaszalot.
Comment przez Mag — kwiecień 30, 2008 @ 11:11 pm |
A chociaż lata?
Comment przez Hazardius — maj 1, 2008 @ 12:40 am |
A ja kocham takie wałki, co są miękkie i zamszowe jak wodne pałki
Comment przez Darek — maj 1, 2008 @ 1:13 am |
Kaszalot – samolot – oczywiśnie, że lata!
Comment przez Mag — maj 1, 2008 @ 1:42 pm |
Haz:A co ja mam akceptować? Mam idealne ciało, każdy głupi to wie!
Karol: Tak, tak! ja mam wieczny głód,szczególnie ptasich mleczek i bez…
Mateusz: sam jesteś grubas (nie żartuję!)
Mag: kaszaloty ssą takie sweeeeeeet! :*
Comment przez Ola — maj 4, 2008 @ 5:46 pm |
Kiedy nie jesteś gruba
A to czasem Tux czegoś o tym nie miał pisać? ;D
Comment przez Robert Szymczak — maj 6, 2008 @ 5:41 pm |
ale wiesz, kobiet..tfu Tux zmienny jest
Comment przez Ola — maj 6, 2008 @ 9:32 pm |
Miałem pisać o nie-grubości?
O kurCZACZKI(pozdro tux – ola), zapomniałem
Comment przez Daniel — maj 6, 2008 @ 9:46 pm |
Notka wspaniała! Mój kot rozrósł się ostatnio jeszcze bardziej, kiedyś to on mnie zmiażdży a nie ja jego. :> A ciotka, która wpadła do nas w niedzielę raczyła rzucić w moja stronę: “Julia, przytyłaś” Nie wiem czy to było szczere, ale miło się zrobiło.
Nie rozumiem waszego problemu. A Wy mojego. Jakie to smutne.
Comment przez Julia — maj 7, 2008 @ 10:00 pm |