ode mnie o mnie dla mnie
“to będzie dla wszystkich, dla każdego mały fragment, chyba właśnie dlatego najbardziej będzie dla mnie”

Na środku łąki stoi topola, zasadzona przez mojego dziadka. Zaraz obok jest stara, zabita deskami studnia, którą babcia mnie straszyła. Mówiła, że stamtąd licho wyjdzie i mnie porwie, jeśli będę niegrzeczna. Ale jakoś nigdy nie wyszło. Przestrzeń między jedyny drzewem na łące, a studnią wypełniają krzaki dzikiej róży. Wielkie niegdyś gospodarstwo z każdym dziadkiem-ojcem, stawało się coraz mniejsze. Dzieliło sie między dzieci, siostry i braci. Aż stało się malutkimi, oddzielnymi pólkami.
Po lewej stronie łąki było moje królestwo. No prawie moje. Bo było tam wielu zdobywców przede mną i ze mną zresztą też. I była tam też babcia, co piekła ciasta i przynosiła ciepłe mleko od krowy. Był mój ogródek, ‘troszkę’ zapuszczony - niem miałam serca wyrywać roślinek.. I były drzewa i domki na drzewach, ciocie i wujkowie i kuzyni. I był piec zbudowany z bratem, studnia którą malowałam, boisko do kosza i wiewiórki kradnące orzechy, i hamak i zboże, dużo zboża, tajemnicze miejsce z hurtownią czterolistnych koniczynek. Była też wielka straszna stodoła przerobiona na warsztat, pełen trocin i siana. Były warzywa i owoce. Nie było tylko nudy.
Po prawej stronie był straszny opuszczony kawałek ziemi. Miejsce pełne pokrzyw, z przepyszną papierówką, tajemniczy spalony dom - pełen tajemnic i skarbów i piór z porwanych poduszek i starych konfitur cioci, których nigdy nie chciała stamtąd zabrać. I było tam jeszcze jedno miejsce, ubóstwiane przez ludzi najmniejszych - Marcinowa chatka wypełniona gołębiami, chomikami, świnkami morskimi, królikami, psem i innymi stworami z marzeń małych odkrywców.
Niedaleko była górka, zaraz za stawami, zimowa górka. Na której zjeżdżało się sankami. Była Postoła, gdzie grzyby były równie częste co niewypały. Była Zalesianka, nazywana Małą Wisłą. Były Łabędzie i stawy i kaczki i jeże. Było wszystko. Było pełno kryjówek, te milsze jak strych w ’starym domu’ i odrobinę mniej przyjemne, jak podmostowie pełne pająków i kości różnych zwierzątek.
Tam były całe wakacje, ferie, tam była beztroska i najpiękniejsze dni. Prawdziwy Dom i Rodzina. I moja Banda!
* * *
W żłobku, w przedszkolu w podstawówce było fajnie. W żłobku pierwszy narzeczony i dwie psiapsióły pluszakowe. W przedszkolu kolejny ‘przyjaciel’ i kolejne już, poważniejsze bliskie koleżanki. Pierwsze strachy i rozterki, zazdrość i smutek, śmiechy i zabawa. No i nie zapominajmy o placu zabaw! Były bale karnawałowe i snucie podstępnych planów z bratem. Tańce z panem od tańców, harce i swawole!
I była babcia, nadal, co rozpieszczała. ‘Można leżeć do drugiej, bo później mama wraca z pracy i obu się nam dostanie!’ I niedoceniane leżakowanie. było wszystko, było pięknie, no i był ten plac zabaw!
W podstawówce też było miło i przyjemnie. Klasę z przedszkola znałam w sporej części, więc nieśmiała nie byłam. Były wyjazdy, lekcje, nauka. Były bójki i gra w nogę sportu było co niemiara, ruchu i pierwsze bunty! Pierwsze wielkie tygodniowe miłości. I przyjaźnie ‘do końca życia’.
Podstawówka to czas poznawania piękna i zła. Pierwszy alkohol i papierosy, pierwsze przyjaźnie i długie rozmowy. Spacery godzinami po parkach i pobliskich uliczkach.
Przyjaźnie podstawówkowe różnie wspominam. Zależy kiedy i z kim. Były te gorsze, co sprowadzały na ‘złą drogę’ i te lepsze pełne przygód. I te i te wspominam przewspaniale! Przygodowe przyjaźnie były wielkie. Odkrywanie nowego świata, bieganie od dziupli do dziupli. Nocowanie w Tybetańskiej Chacie, zbudowanej z kartonów i folii. Trzeba uważać rano. Bo przypięta na spinacze do ubrań folia nie wytrzymuje ciężaru nocnego deszczu. Były pierwsze ‘prace dorywcze’. Zmagania ze złymi psami podczas nocnych wypraw rowerowych.
Podpalanie łąki i gaszenie jej w popłochu, kiedy okazywało się, że sucha trawa dość dobrze się pali, i uciekanie z miejsca zbrodni. Podrywy nad rzeka sięgającą kolan. pogrzeb wiewiórki znalezionej na drodze i sekcja zwłok martwego kruka. Pierwsze próby strzeleckie do starych puszek, organizowane wystawy motyli i zabawa z ‘zwariowaną forsę’ z żabą w ręku. Były przygody było piękne życie. I dyskoteki szkolne!
Wtedy wróciłam do tańców. Wywijałam z kolegą z klasy niższym o głowę. Treningi judo wymagające wytrzymałości i skupienia, dawały się często w kość. Rozwijałam wszelkie talenty. Zarówno plastyczne jak i muzyczne. Lepiłam garnki z gliny, grałam na flecie i gitarze, śpiewałam w chórkach i malowałam obrazy!
* * *
cdn.